Łoscypek od bacy. Czyli wakacje w górach

Nie da się wyjechać z gór bez pamiątek: kapcie, ciupagi, oscypki – to była nasza lista. Pani na straganie z ciupagami poradziła nam, byśmy lepiej nie kupowali tu „oscypków”. I tak zaczęło się poszukiwanie „prawdziwej” bacówki.

Szczawnica może pochwalić się odnowionym schroniskiem. Z budynku roztacza się wspaniały widok na  Sokolicę, w dali słychać Dunajec. Schronisko przyjmuje gości,  można przenocować w pachnących nowością pokojach (od 44 zł za osobę) a przede wszystkim coś zjeść i napić się. Wśród piw jest nawet takie, którego przepis został opracowany w roku moich i mojego męża urodzin. Ech, smakowało nam.

– Co teraz? – zapytał Krzysiek odstawiając pusty kufel.

– Kupimy coś dla Janka, kapcie dla Stefy i kilka oscypków – zaproponowałam.

Po drodze do schroniska minęliśmy nad Dunajcem kilka straganów. Kupujemy więc „góralskie” pamiątki. Szybko okazuje się, że stragan z oscypkami nie jest polecany.

– Lepiej pojechać do bacówki, kupić prawdziwego oscypka – mówi sprzedawczyni ciupag. Wierzymy  jej, wszak temat podrabiania oscypków jest szeroko znany.

– Gdzie to?

– Siedem kilometrów stąd, w Jaworkach.

Słońce świeci, czasu jest dużo, wsiadamy więc w auto i jedziemy na południe. Wąska droga wiedzie przez centrum zabytkowego uzdrowiska, potem wzdłuż Wąwozu Homole. Siedem kilometrów dalej  mijamy Bacówkę – restaurację w centrum Jaworków. Bacówka może organizować imprezy, serwować wspaniałe dania, ale na pewno oscypków nie wytwarza. Nie ma tu żadnego bacy, owce pasą się w oddali przy drodze. Za barem uśmiecha się do mnie szczerze góralska twarz.

– Ma pani trzy wyjścia – mówi. – Można kupić oscypki w Szczawnicy, po  prawej stronie jadąc od centrum znajduje się targowisko. Są porządne, można śmiało je kupować. Może też pani pojechać do bacówki w Białej Wodzie.

– Samochodem? – pytam przezornie.

– To rezerwat. Samochód można zostawić na parkingu, a potem dwa kilometry przejść pieszo.

– Jaka jest trzecia opcja?

– Wjechać kolejką na hale i tam kupić oscypki w bacówce. Będą takie same, jak gdzie indziej. ale sprzedawane z folklorem – śmieje się mój rozmówca.

Opcja trzecia zwyciężyła, odszukaliśmy wyciąg, zaparkowaliśmy pod nim auto, kupiliśmy bilety.

– Czy tam, na górze, jest bacówka? – Krzysiek z niedowierzanie pyta pana w budce.

– Tak – pan kiwa spokojnie głową. Krzysiek nadal nie może uwierzyć.

– Czy w tej bacówce można kupić oscypki?

– Tak – mówi spokojnie bileciarz.

I już siedzimy na krzesełku, ciągnięci w górę podziwiamy Pieniny.

– O patrz, krowy!

– Czyli to nie będzie owczy ser.

– Przeszkadza ci to?

Rozmowa dotyczyła tylko jednego: po co my tam jedziemy? Czy nie można było na targu, jak wszyscy, zapłacić na straganie w centrum miasta…

Bacówka z daleka wygląda bardzo ubogo, wokół rozrzucone stare graty, za szlabanem pasą się owca (baran?), osioł i krowa. Na kołku przybity certyfikat: małopolski szlak oscypkowy, a na kiju tablica z napisem „Łoscypki”.

Wygląda profesjonalnie. Przed nami stoi przy okienku para turystów, pani wyciąga banknot stuzłotowy. Baca wydaje jej resztę, biznes się kręci.

Kupiliśmy największego oscypka – ozdobę bacówki zwaną wrzecionem, a do tego kilka małych. Łakomie spoglądam na wnętrze izby, mój wzrok przyciągają dwa serduszka z sera.

– A te dwa, ile kosztują? – pytam zaintrygowana ładnym kształtem serków.

– Nie są na sprzedaż – burknął baca.

– Dlaczego?

– To redykołka. Stare są, mają już trzy miesiące.

Redykołka to „siostra” oscypka, robiona z resztek przetworzonego bundzu. Nigdy jej nie jadłam, tylko czytałam o niej. Baca jednak jest nieprzejednany, redykołki sprzedać nie chce.

– A może bundzu? – daje mi do spróbowania kawałek białego sera.

– Smakuje dobrze, ale dziękuję.

– To może żentycy?

– Dziękuję – odpowiadam pamiętna, że ten rodzaj napoju może wywołać nagłą wizytę w toalecie. Tu, jak okiem sięgnąć, tylko zielone łąki. Krzysiek jednak jest zafascynowany nazwą napoju, którego nigdy nie próbował.

– To afrodyzjak – kusi baca.

– Poproszę – mówi mąż.

Kubek żentycy kosztuje dwa złote. Baca czerpie ją drewnianą chochlą prosto z przepastnej beczki i wlewa do brązowego kubka z napisem „cuba”. Chłodna żentyca smakuje pysznie.

– Chyba już czuję jej efekt!

– To może kupi pan owczą skórę, można się na niej położyć na łączce – baca śmieje się nam w twarz.

Opuszczamy bacówkę w świetnym humorze. Folklor zadziałał, pogoda piękna, jak okiem sięgnąć widać zielone łąki, lasy, góry i chaty ze spadzistym dachem.

Wieczorem wracamy, po drodze krajobraz się zmienia – malownicze domki wypuszczają kłęby dymu, który unosi się nad wąskimi dolinami i ciężko zawisa w powietrzu. Zaczął się czas ogrzewania 🙁