Zaduszki, czyli wspominki o tych, których już nie ma

W święta, takie jak to, intensywniej myślę o tych, których już nie ma. Najbardziej brakuje mi jednej osoby – Gochy. Trochę czasu mi zajęło zanim zrozumiałam, że jej miejsca już nikt nie wypełni. I tak już jest.

Na zdjęciu Gocha stoi tuż za mną. Zostało zrobione siedem lat temu, podczas Halloween w jednym z klubów w Złotych Tarasach. Ściągnęła nas na tę imprezę Karolina, która – tak jak ja – poddała się aktorskiej charakteryzacji. Na zdjęciu widać, jak jestem malowana na wampira. Gocha nie zdecydowała się na przebranie. Stała cicha, ubrana na czarno, w czarnym kapeluszu.

Zwykle rozmawiałyśmy przynajmniej raz dziennie. Często to ona dzwoniła.

– Co porabiasz, kochana? – to było najczęstsze przywitanie.

– A nic – odpowiadałam i rozpoczynałam opowieść o tym, co się przydarzyło. Gocha była zawsze na bieżąco. Znała wszystkich z redakcji, ponieważ sama w niej kiedyś przez krótki czas pracowała. Tak się poznałyśmy – ja wyjechałam na ferie, a ona, jako stażystka, zajęła na krótko moje miejsce. Jej przygoda z redakcją trwała krótko, nasza przyjaźń przetrwała dziewięć lat.

Miałyśmy dzieci w podobnym wieku i „skomplikowane życie uczuciowe”, charakterystyczne dla trzydziestoparolatek. Tematów zawsze było bez liku. Gocha lubiła współczesną polską muzykę, piosenkę aktorską, czytała współczesnych polskich autorów – pożyczała mi Osiecką, Koftę, Gretkowską, pokazała magazyn „Bluszcz”. Ostatnią książką, jaką od niej wzięłam, było „Śniadanie u Tiffaniego” w pięknej, błękitnej, twardej oprawie. Nie musiałyśmy rozmawiać o książkach, to było porozumienie nie wymagające żadnych komentarzy. Gdy padało pytanie: co czytałaś?,  już wiedziałam, że ona to też weźmie. Czytała „50 twarzy Greya” i nie komentowała tego. Za to ją bardzo lubiłam.

Była hojna. Nigdy nie żałowała niczego: książek, ubrań, jedzenia, czasu. Nigdy nie była małostkową, interesowaną, chytrą czy płaską osobą, nie była powierzchowna ani tandetna. Nasze rozmowy przez telefon zwykle trwały godzinami. Miała spokojny, ciepły głos, który doskonale pamiętam. Brakuje mi go.

Czasami była też uszczypliwa. Miała cięty, inteligentny dowcip. O byłych kobietach, facetach mówiła „stara”, „stary”.

– Co, stara dzwoni? – śmiała się.

To powiedzenie przejęłam po niej, używam go do dziś.

Starałam sobie przypomnieć, co lubiła jeść. W jej domu czasami przyłapałam ją, jak gotowała pomidorową czy rosół. To od niej dowiedziałam się, że do rosołu dodaje się przydymioną cebulę. Ale kuchnia nie była jej domeną, robiła to jakby mimochodem. A i tak zawsze wychodziło pysznie, zawsze miała czym nas ugościć. Gdy przychodziła do mnie, otwierała lodówkę i najspokojniej w świecie wyjmowała różne „przysmaki”, o których nawet bym nie pomyślała, że można nimi kogoś poczęstować – kawałki sera, wędlin, kapkę chrzanu, musztardy, kapary, suszone pomidory. Układała to ładnie na desce, zapalała świeczki, „ogarniała” mój bałagan. Raczyłyśmy się tym przy winie, podczas gdy nasze dzieci rozrabiały w pokoju obok.

Była pierwszą osobą, która zadzwoniła do mnie, by powiedzieć o katastrofie smoleńskiej. Tamtej wiosny w soboty rano zawsze miałam bardzo wcześnie lekcje angielskiego na Nowym Świecie. Potem udałam się do ulubionej piekarni – Vincenta i wtedy, około ósmej, zadzwoniła Gocha.

– Oni nie żyją! Wszyscy nie żyją! – krzyczała w słuchawkę szlochając.

Płakałyśmy razem, choć bardziej było to przerażenie niż prawdziwie ronione łzy. Zginęły osoby, które znałyśmy zawodowo. Czułyśmy wspólną więź, jak zdarzało się nam to wiele razy.

W Vincencie spotykałyśmy się, gdy była w ciąży. Zamawiała koktajl z truskawek czy malin ze słomką i „wielką parasolką”. W tamtym roku ubierała się często na czarno, tak właśnie, jak na tym zdjęciu sprzed siedmiu lat.

Nazywała mnie „moją przyjaciółeczką”. Kiedyś powiedziała mi, że lubi mnie, ponieważ jestem „taka normalna”. Teraz, gdy jej nie ma, często myślę o tych jej słowach. I wiem, że nie wszystko jest takie, jak nam się wydaje.

 

 

 

Łoscypek od bacy. Czyli wakacje w górach

Nie da się wyjechać z gór bez pamiątek: kapcie, ciupagi, oscypki – to była nasza lista. Pani na straganie z ciupagami poradziła nam, byśmy lepiej nie kupowali tu „oscypków”. I tak zaczęło się poszukiwanie „prawdziwej” bacówki.

Szczawnica może pochwalić się odnowionym schroniskiem. Z budynku roztacza się wspaniały widok na  Sokolicę, w dali słychać Dunajec. Schronisko przyjmuje gości,  można przenocować w pachnących nowością pokojach (od 44 zł za osobę) a przede wszystkim coś zjeść i napić się. Wśród piw jest nawet takie, którego przepis został opracowany w roku moich i mojego męża urodzin. Ech, smakowało nam.

– Co teraz? – zapytał Krzysiek odstawiając pusty kufel.

– Kupimy coś dla Janka, kapcie dla Stefy i kilka oscypków – zaproponowałam.

Po drodze do schroniska minęliśmy nad Dunajcem kilka straganów. Kupujemy więc „góralskie” pamiątki. Szybko okazuje się, że stragan z oscypkami nie jest polecany.

– Lepiej pojechać do bacówki, kupić prawdziwego oscypka – mówi sprzedawczyni ciupag. Wierzymy  jej, wszak temat podrabiania oscypków jest szeroko znany.

– Gdzie to?

– Siedem kilometrów stąd, w Jaworkach.

Słońce świeci, czasu jest dużo, wsiadamy więc w auto i jedziemy na południe. Wąska droga wiedzie przez centrum zabytkowego uzdrowiska, potem wzdłuż Wąwozu Homole. Siedem kilometrów dalej  mijamy Bacówkę – restaurację w centrum Jaworków. Bacówka może organizować imprezy, serwować wspaniałe dania, ale na pewno oscypków nie wytwarza. Nie ma tu żadnego bacy, owce pasą się w oddali przy drodze. Za barem uśmiecha się do mnie szczerze góralska twarz.

– Ma pani trzy wyjścia – mówi. – Można kupić oscypki w Szczawnicy, po  prawej stronie jadąc od centrum znajduje się targowisko. Są porządne, można śmiało je kupować. Może też pani pojechać do bacówki w Białej Wodzie.

– Samochodem? – pytam przezornie.

– To rezerwat. Samochód można zostawić na parkingu, a potem dwa kilometry przejść pieszo.

– Jaka jest trzecia opcja?

– Wjechać kolejką na hale i tam kupić oscypki w bacówce. Będą takie same, jak gdzie indziej. ale sprzedawane z folklorem – śmieje się mój rozmówca.

Opcja trzecia zwyciężyła, odszukaliśmy wyciąg, zaparkowaliśmy pod nim auto, kupiliśmy bilety.

– Czy tam, na górze, jest bacówka? – Krzysiek z niedowierzanie pyta pana w budce.

– Tak – pan kiwa spokojnie głową. Krzysiek nadal nie może uwierzyć.

– Czy w tej bacówce można kupić oscypki?

– Tak – mówi spokojnie bileciarz.

I już siedzimy na krzesełku, ciągnięci w górę podziwiamy Pieniny.

– O patrz, krowy!

– Czyli to nie będzie owczy ser.

– Przeszkadza ci to?

Rozmowa dotyczyła tylko jednego: po co my tam jedziemy? Czy nie można było na targu, jak wszyscy, zapłacić na straganie w centrum miasta…

Bacówka z daleka wygląda bardzo ubogo, wokół rozrzucone stare graty, za szlabanem pasą się owca (baran?), osioł i krowa. Na kołku przybity certyfikat: małopolski szlak oscypkowy, a na kiju tablica z napisem „Łoscypki”.

Wygląda profesjonalnie. Przed nami stoi przy okienku para turystów, pani wyciąga banknot stuzłotowy. Baca wydaje jej resztę, biznes się kręci.

Kupiliśmy największego oscypka – ozdobę bacówki zwaną wrzecionem, a do tego kilka małych. Łakomie spoglądam na wnętrze izby, mój wzrok przyciągają dwa serduszka z sera.

– A te dwa, ile kosztują? – pytam zaintrygowana ładnym kształtem serków.

– Nie są na sprzedaż – burknął baca.

– Dlaczego?

– To redykołka. Stare są, mają już trzy miesiące.

Redykołka to „siostra” oscypka, robiona z resztek przetworzonego bundzu. Nigdy jej nie jadłam, tylko czytałam o niej. Baca jednak jest nieprzejednany, redykołki sprzedać nie chce.

– A może bundzu? – daje mi do spróbowania kawałek białego sera.

– Smakuje dobrze, ale dziękuję.

– To może żentycy?

– Dziękuję – odpowiadam pamiętna, że ten rodzaj napoju może wywołać nagłą wizytę w toalecie. Tu, jak okiem sięgnąć, tylko zielone łąki. Krzysiek jednak jest zafascynowany nazwą napoju, którego nigdy nie próbował.

– To afrodyzjak – kusi baca.

– Poproszę – mówi mąż.

Kubek żentycy kosztuje dwa złote. Baca czerpie ją drewnianą chochlą prosto z przepastnej beczki i wlewa do brązowego kubka z napisem „cuba”. Chłodna żentyca smakuje pysznie.

– Chyba już czuję jej efekt!

– To może kupi pan owczą skórę, można się na niej położyć na łączce – baca śmieje się nam w twarz.

Opuszczamy bacówkę w świetnym humorze. Folklor zadziałał, pogoda piękna, jak okiem sięgnąć widać zielone łąki, lasy, góry i chaty ze spadzistym dachem.

Wieczorem wracamy, po drodze krajobraz się zmienia – malownicze domki wypuszczają kłęby dymu, który unosi się nad wąskimi dolinami i ciężko zawisa w powietrzu. Zaczął się czas ogrzewania 🙁